#67 "Dziękuję za wspomnienia" - kolejna książka C. Ahern, na której nie mogłam się zawieść

#67 "Dziękuję za wspomnienia" - kolejna książka C. Ahern, na której nie mogłam się zawieść


Cecelia Ahern wydała już naprawdę wiele książek. Bardzo szanuję i lubię tę autorkę, więc nie mogę przechodzić obok jej powieści obojętnie. Zarówno wobec tych starszych, jak i nowości. Moim zdaniem tworzy ona niesamowite historie, które może nie zawsze są bardzo realistyczne, ale ich czytanie, za każdym razem powoduje uśmiech na moich ustach, dlatego nigdy nie waham się sięgając po jej powieści. Tak samo było z "Dziękuję za wspomnienia".

Joyce, główna bohaterka, właśnie straciła swoje nienarodzone dziecko, rozwodzi się z mężem, a na dodatek wszyscy jej znajomi myślą, że oszalała. Z dnia na dzień zaczyna posługiwać się łaciną, przestaje być wegetarianką i staje się znawczynią architektury. Z kolei Justin to elegancki mężczyzna, który przeprowadził się z Chicago do Londynu dla swojej córki. Próbując zacząć nowe życie, przełamuje swój strach przed igłami i oddaje krew, w celu zaimponowania pewnej kobiecie. Dwójka głównych bohaterów wydaje się nie mieć ze sobą nic wspólnego, ale czy naprawdę tak jest?

Zacznę od tego, że książki Ahern zawsze są napisane lekkim piórem, przez co ich czytanie nie sprawia ogromnego problemu. Fabuła najczęściej jest bardzo ciekawa, a bohaterzy tak dobrze wykreowani, że aż chce się więcej. Jednak muszę przyznać, że podczas czytania tej powieści miałam lekki problem z opisami. Momentami miałam wrażenie, że tak naprawdę nic się nie dzieje, a cały opis został napisany tylko dla wydłużenia książki. Tak samo wstawki z architekturą i szczegółowo opowiedzianą historią zabytku, były nudnawe. Poza tym, cały pomysł na historię i jej wykonania przypadł mi do gustu.


Szanuję i bardzo doceniam, kiedy autor tworzy coś czego jeszcze nie było. Ja, nie czytałam wcześniej żadnej książki, gdzie dwójka bohaterów łączy się ze sobą przez wspomnienia. Nie chcę tutaj zdradzić za dużo, ale myślę, że każdy dokładny czytelnik już na samym początku zrozumie, dlaczego ich wspomnienia są powiązane. Tak naprawdę, ja podejrzewałam to od pierwszych rozdziałów, niemniej jednak cieszyłam się, że mogę odkrywać to z perspektywy bohaterów, bo postronny świadek, odczuwa wszystko trochę inaczej, niż ktoś, kto takim nietypowym "darem" został obdarzony.

Sami bohaterowie również mi się podobali, chociaż ani Joyce, ani Justin nie wyróżniają się niczym szczególnym. Są bardzo realistyczni. Mają problemy, tak jak każdy z nas, i radzą sobie z nimi, nie zawsze w dobry sposób. Popełniają błędy i to dodaje im takiej szczerości. Chociaż nie mogę powiedzieć, że bardzo ich polubiłam, to jednak cieszę się, że byli właśnie tacy prawdziwi. Tak samo, momentami poznawaliśmy ich historie z dzieciństwa, młodości, i wydaje mi się, że to był bardzo dobry pomysł. Przez to można trochę inaczej spojrzeć na ich teraźniejszą postawę.

Natomiast jeśli chodzi o bohaterów drugoplanowych, to do nich także nie mogę się przyczepić. Prawie każdy w tej historii jest rozbudowaną postacią, która wiele przeszła zarówno tych pozytywnych, jak i mniej szczęśliwych chwil. Moją ulubienicą w całej tej książce zostaje Kate. Miałam wrażenie, że jest z niej taka matka Polka. Zajmowała się dziećmi i domem, a poza tym była tak optymistyczną osobą, że od pierwszego momentu, w którym się pojawiła, przykuła moją uwagę.



Zakończenie książki bardzo mi się spodobało. Skończyłam czytać tę historię, jak byłam w urzędzie, i musiałam się pilnować, żeby się nie rozpłakać, bo ostanie dziesięć stron, jest bardzo nieprzewidywalne. Tak naprawdę już kilka rozdziałów wstecz, wyczuwalne jest napięcie, ale kumuluje się ono w tych ostatnich stronach, z czego jestem bardzo zadowolona.

Moja ocena książki: 6/10

Po książki Ahern sięgam w ciemno, bo wiem, że się nie zawiodę. Myślę, jednak, że akurat "Dziękuję za wspomnienia" to nie jest zbyt dobra historia na początek przygody z tą autorką. Momentami mi się dłużyła, więc wydaje się, że na pierwszy raz, o wiele lepsza jest książka z wartką akcją, jak np. "Sto imion", czy "Zakochać się". Jednak Ci, co cenią sobie twórczość tej autorki, powinni jak najbardziej nadrobić ten tytuł :)

Pozdrawiam!
~Victoria


#66 "Pieśń Dawida" - kontynuacja znacznie lepsza od pierwszej części

#66 "Pieśń Dawida" - kontynuacja znacznie lepsza od pierwszej części


Ci, co śledzą mojego bloga dosyć uważnie, wiedzą, że jakoś w ostatnich miesiącach w końcu przeczytałam "Prawo Mojżesza", które było bardzo popularną książką w blogosferze, jak i na instagramie. Myślę, że druga część miała znacznie mniejszy rozgłos, bo jakoś nie utkwiła mi w pamięci i dopiero po przeczytaniu pierwszej części dowiedziałam się o istnieniu tej drugiej. Na początku nie chciałam po nią sięgnąć, bo byłam zawiedziona wcześniejszym tomem, jednak gdy tylko spostrzegłam, że będzie to historia o Dawidzie, znanym jako Tag, od razu ją przeczytałam, bo był on moją ulubioną postacią.

Dawid zniknął. Z dnia na dzień. Minęły już całe dwa tygodnie, a jedynie, co po nim zostało to taśmy nakręcone dla swojej niewidomej dziewczyny Millie. Próbuje ona wraz z Mojżeszem i Georgią odnaleźć ukochanego, ale nie jest to takie łatwe, bo opowiada on tylko swoją historię, która przypomina pożegnanie samobójcy.

Mam napisać recenzję, a moim problem jest to, że nie wiem od czego zacząć. Ta książka jest dla mnie tak rewelacyjna, że od razu przepraszam, jeśli w tym wpisie pojawi się chaos, bo mam wiele myśli, które bardzo chciałabym Wam przekazać. Zacznę od tego, jak zbudowana jest ta historia. Składa się ona z takich dwóch części - teraźniejszości i opowieści, jaką snuje Tag na nagranych wcześniej kasetach. Bardzo podobał mi się ten podział, bo przez to wczułam się bardzo w tą książkę. Jak już wcześniej wspominałam, Dawid to mój ulubiony bohater, więc na początku byłam lekko zdezorientowana, kiedy nie pojawił się w opisach teraźniejszości, ale w końcu zniknął, a naszym zadaniem jest go znaleźć.



Muszę przyznać, że cała fabuła została dobrze skonstruowana. Z jednej strony mamy wątek romantyczny, który poznajemy z perspektywy Taga, a z drugiej jest strata, strach o najbliższych. Całość daje naprawdę dobry efekt. Nie jest tutaj zbyt kolorowo, więc wszystko staje się bardziej realne i naturalne. Problemy bohaterów często mogą być i naszymi, dlatego przesłanie, które niesie ta historia jest naprawdę warte skupienia i wdrążenia się w powieść. Myślę, że najważniejsze, co mogę zdradzić to to, że z osobą, którą kochamy powinniśmy być dobre i na złe, w szczęściu i w chorobie.

Bohaterowie też zasługują na wspomnienie, bo dla mnie ich kreacje są naprawdę wspaniałe. Millie, główna bohaterka, jest niewidoma. Ojciec odszedł od jej rodziny, mama umarła na raka, a ona wychowuje młodszego brata, który przejawia autystyczne skłonności. Mam wrażenie, że jej postawa jest godna naśladowania. Po pierwsze, Millie nigdy się nie poddała. Pogodziła się ze swoją stratą wzroku i prowadziła dalej normalne życie, jak my wszyscy. Miała do siebie dystans i była bardzo dobrą osobą. Naprawdę, myślę, że każdy powinien taki być. Z kolei Dawid to bohater, który przeszedł niezwykłą zmianą na kartach tej powieści. Z dumnego, korzystając z życia, narwanego chłopaka, zmienił się w opiekuńczego, troskliwego. Jego przemiana jest naprawdę korzystna i właśnie przez to, ta historia też staje się być piękniejsza.

Samo zakończenie tej powieści totalnie mnie zaskoczyło. Wylałam nad nim wiele łez. Jednak najbardziej podoba mi się jego charakter. Bo nie jest napisane wprost, co stało się z naszym Tagiem. Myślę, że każdy odbierze je na swój sposób i ja zdecydowanie widzę je w bardziej optymistycznych barwach, bo właśnie tego było mi trzeba.



Przy pierwszej części skarżyłam się na oprawę graficzną, bo jej środek niezbyt mi przypadł do gustu. Natomiast tutaj jest całkowicie inaczej. Te rysunki kaset i napisy w języku Braille'a nadają niepowtarzalny charakter tej powieści. Tak samo okładka jest cudowna. Taka minimalistyczna. Idealnie wpasowała się w moje gusta.

Cieszę się, że autorka podjęła w swojej powieści dosyć trudne tematy, ale wplotła to w taki sposób, że każdy zrozumie przesłanie, jaki one ze sobą niosą. Traktuję to jako ogromny plus, bo lubię sięgać po książki, które wyglądają jak zwykle obyczajówki, a dostać coś bardziej wymagającego niż problemy miłosne. Każde takie pozytywne zaskoczenie od razu zmienia mój stosunek do książki.



Moja ocena książki: 9/10

Na sam koniec koniecznie chcę Wam wszystkim polecić tę powieść, jeśli nadal jej nie czytaliście. Nie musicie się obawiać, o nieznajomość pierwszej części, bo książki nie są ze sobą powiązane, a to, co jest istotne, dla fabuły tej powieści zostaje przytoczone jeszcze raz, zazwyczaj w formie czyiś wspomnień. Czytając, miałam wrażenie, że te historie są opowiedziane dokładnie tymi samymi słowami, co w pierwszej części, więc nic nie zostało przeoczone. Dlatego czytajcie i poznajcie historię Dawida!

Pozdrawiam!
~Victoria
Akademia wampirów

Akademia wampirów


Myślę, że każdy z nas lubi od czasu do czasu obejrzeć jakiś lekki film, gdzie tak naprawdę od samego początku znamy zakończenie, nie musimy za bardzo śledzić fabuły i się skupiać, tylko po prostu przez tą godzinę z kawałkiem sobie odpoczniemy. Mniej więcej tak traktowałam "Akademię wampirów", którą chciałam obejrzeć od bardzo dawna, ale zawsze znalazłam coś bardziej godnego mojej uwagi. 

Historia zaczyna się bardzo nietypowo. Dwie młode wampirki Rose, w tej roli Zoey Deutch, i Lissa, grana przez Lucy Fry uciekają. Nie wiemy dlaczego, nie wiemy, kto ich ściga, ale w końcu zostają dopadnięte. Okazuje się, że dziewczyny uciekły z akademii, a teraz czeka je powrót. Lissa pochodzi z rodziny królewskiej i jej ucieczka nie wygląda zbyt dobrze. Powrót do szkoły nie jest dla dziewczyn za bardzo udany, bo już od początku ich rówieśnicy dają im w kość.



Nie ukrywam, że po opisie nie spodziewałam się niczego specjalnego. Ot co, kolejny film dla młodzieży, stworzony, gdy wampiry zyskiwały dużą popularność zarówno wśród czytelników, jak i widzów. Prawdę mówiąc, książka "Akademia wampirów" "chodzi" za mną od długiego czasu. Zawsze mam ochotę ją przeczytać, albo kupić, ale na jej miejsce znajduję inne książki i w końcu ta pozycja odchodzi w zapomnienie. Tak jest za każdym razem. Ostatecznie do książki przekonała mnie Anita z Book Reviews, ale czy obejrzenie filmu przed książką było dobrym pomysłem?

Powiem Wam, że naprawdę jestem zdziwiona po obejrzeniu tego filmu. Nie była to najlepsza produkcja i momentami fabuła była dla mnie nie co naciągana, ale całe moje wrażenie jest bardzo pozytywne. Na pewno spodobało mi się to, jak autorka, a następnie reżyser stworzyli odmiany różnych wampirów - Moroje, Dhampiry i Strzygi. Każdy z nich jest inny i zajmuje się czymś innym w ich świecie. W filmie nie było to dogłębnie wyczerpane, ale myślę, że książka, na którą mam teraz jeszcze większą ochotę mi to wynagrodzi.



Czytałam wiele recenzji tego filmu, zanim postanowiłam napisać coś od siebie i podobno wiele kluczowych momentów zostało pominiętych, jak to często z ekranizacjami bywa. I właśnie dlatego miałam wrażenie, że ten film jest momentami naciągany, bo wszystko działo się zdecydowanie za szybko. Nie jestem usatysfakcjonowana zakończeniem, które daje widzom nadzieję na kontynuację, ale od premiery pierwszej części filmu minęły trzy lata i nie ma żadnych prac, więc podejrzewam, że drugiej części nie będzie, a szkoda, bo naprawdę jestem ciekawa, jak to wszystko dalej się potoczy. I przez to mam kolejny powód, żeby zacząć czytać książki, w końcu ta seria ma aż sześć tomów :D

Jeśli chodzi o grę aktorską, to nie była ona na najwyższym poziomie. Myślę, że przy tym punkcie warto wspomnieć, że dla wielu aktorów było to pierwsze poważne zlecenie i może przez to były te niedociągnięcia, albo przez sam scenariusz, który podobno był bardzo okrojony i może przez to aktorzy nie mogli się wykazać. Jedno jest pewne, nie polubiłam Lissy i myślę, że jak już będę czytała książki, to od razu będzie u mnie na straconej pozycji i ciężko będzie mi zmienić zdanie.


Dzisiaj może i tak króciutko, ale chciałam napisać właśnie o tym filmie, który może nie sprawi, że będziemy płakać ze wzruszenia albo wyciągniemy z niego naukę. Jest to film typowo rozrywkowy, idealny na jakiś maraton nocny. Ja jestem nim pozytywnie zaskoczona i teraz wypatruję książki, bo naszła mi na nią wielka ochota :)

Pozdrawiam!
~Victoria





#65 "Zachód słońca w Central Parku" - od przyjaźni do miłości

#65 "Zachód słońca w Central Parku" - od przyjaźni do miłości


"Książka daje ci większość rzeczy, których szukasz w związku. Rozśmiesza cię, wzrusza, przenosi w miejsca, o których nawet nie słyszałaś, i uczy wielu rzeczy. Możesz ją zabrać na kolację. A jeśli ci się znudzi, odłożysz ją bez wyrzutów sumienia. Czym to się różni od zwykłego życia?" 

"Zachód słońca w Central Parku" autorstwa Sarah Morgan to druga część cyklu: Pozdrowienia z Nowego Jorku. Główną bohaterką tej historii jest Frankie, młoda dziewczyna, która skrywa się za swoimi okularami, książkami i roślinami. Nie wierzy w prawdziwą miłość, nie znosi ślubów, a wszystko przez rozwód rodziców. Cała jej postawa zaczyna się kruszyć po spotkaniu z przyjacielem Mattem, bratem jej najlepszej przyjaciółki.

Przeczytałam drugą część tego cyklu, bo byłam pewne, że książki nie są ze sobą powiązane. Dopiero teraz spostrzegłam, że bohaterką pierwszej części - "Bezsenność na Manhattanie" jest Paige, najlepsza przyjaciółka Frankie. Cóż, cieszę się, że książki nie są ze sobą aż tak powiązane i dzięki temu, nie miałam żadnych problemów w czytaniu. Jest to pierwszy plus tej historii :)

Na pewno nie możemy oczekiwać, że ta książka będzie bardzo pouczająca, czy nieszablonowa. Tak naprawdę zaczynając tą powieść, wiedziałam, jak ona się skończy. Miała to być historia, która pozwoli mi się zrelaksować oraz miło spędzić z nią czas i nie zawiodłam się. Dodatkowo, momentami się uśmiałam i całe moje wrażenie jest pozytywne.



Bardzo podobały mi się "złote myśli" bohaterów wypisane przed każdym rozdziałem. Czasami były humorystyczne, momentami miałam wrażenie, że już je gdzieś słyszałam, ale dało mi to poczucie lepszego poznania bohaterów. I miałam dowody na to, że Frankie naprawdę widzi świat raczej w ciemnych kolorach, a jej przyjaciółka Eva to ogromna romantyczka.

"Jeżeli wciąż oglądasz się za siebie, jak się przekonasz, co jest przed tobą?"

Jak już wcześniej wspominałam, książka jest przewidywalna, ale mam wrażenie, że od początku miała taka być. Autorka postanowiła skupić się na miłości, która powstała z przyjaźni i myślę, że to całkiem ciekawy temat. Dodatkowo wplotła w swoją historię inne wątki, które nie były aż takie radosne. Mam tutaj na myśli życie Roxy, która została sama z małym dzieckiem i musi zacząć sama radzić sobie w życiu. Wydaje mi się, że to był dobry pomysł, aby pokazać trochę goryczy w tej historii i mnie to zadowala.

Tak naprawdę sięgnęłam po tę książkę ze względu na akcję, która toczy się w Nowym Jorku. Lubię to miasto i mam nadzieję, że kiedyś je zobaczę na własne oczy, jednak w tej historii kluczowym miejscem był Central Park, który mógł być lepiej opisany. Czuję lekki niedosyt, bo cały czas w powieści podkreślano, że bohaterowie idą do Central Parku, ale jego opisu zbyt wiele nie było. Tak naprawdę mógł to być każdy jeden park. Natomiast autorka skupiła się na opisie Puffin Island i tutaj poczułam wyspiarski klimat, a nawet słyszałam szum fal i piasek pod nogami. Także to zdecydowanie działa na korzyść książki :)



"Życie jest jak mewa. Nigdy nie wiesz, czy nie narobi ci na głowę."

Zawiodłam się jednak na głównej bohaterce, Frankie. Poznajemy ją jako twardą, niewierzącą w miłość kobietę, a mam wrażenie, że jej zmiana zaszła zdecydowanie zbyt szybko. Myślę, że na osobę, która nigdy nie wierzyła w miłość, zbyt szybko uległa urokowi Matta. I chociaż próbowała udawać przed innymi, że cały czas jest taka sama, to jednak my, czytelnicy, znając jej myśli, wiemy, że tak naprawdę "wpadła" już na pierwszym spotkaniu. Zdecydowanie za szybko.

Jeśli chodzi o kreacje innych bohaterów to nie mam im nic do zarzutu. Czasami zachowywali się zbyt idealnie i to na pewno czuło się w tej książce, że jest zbyt wyidealizowana, ale myślę, że sięgając po tą książkę jesteśmy na to przygotowani. W każdym razie ja byłam, więc nie odczuwam tutaj żadnego zaskoczenia.

Moja ocena książki: 6/10



Spędziłam z tą historią naprawdę dobry czas. Mogłam na chwilkę pomieszkać w Nowym Jorku, z czego bardzo się cieszę i jestem zadowolona z tej książki. Wiadomo jest to raczej książka dla romantyczek, lubiących czytać o miłości, które nie mają nic przeciwko schematom. Mimo wszystko polecam. W szczególności po wyczerpującej pracy :)

"Przyjaciele są jak folia bąbelkowa. Chronią przed uderzeniami."

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu HarperCollins.
Pozdrawiam!
~Victoria


Złodziejka książek

Złodziejka książek


Na temat "Złodziejki książek" słyszałam prawie same pozytywne opinie. Mam wrażenie, że wszyscy byli oczarowani zarówno książką, jak i filmem. I w końcu ja po wielu namowach zabrałam się za ekranizację. Do wersji papierowej nadal nie byłam przekonana, a ponieważ lubię czytać książki po obejrzeniu filmu i naprawdę nie robi mi to żadnej różnicy, stwierdziłam, że czas się przekonać, co jest takiego pięknego w tej historii.

W wielki skrócie, film ten opowiada historię młodej dziewczynki Liesel, która trafia pod opiekę rodziców zastępczych. Jej nowa matka wydaje się być bezwzględną i wymagającą kobietą, a na wsparcie dziewczynka może liczyć ze strony taty, sąsiada Rudy'iego i w książkach.



Powiem szczerze, że mnie ten film nie zachwycił. Po wielu naprawdę rewelacyjnych recenzjach oczekiwałam czegoś znacznie lepszego i zawiodłam się. Zanim to obejrzałam, liczyłam, że książki naprawdę będą grały tutaj bardzo ważną rolę, bo tak wynikało z wszystkich opisów, a tak naprawdę odniosłam wrażenie, jakby były bardziej wątkiem pobocznym. Były sceny, które się opierały na nich i tam nie mam nic do zarzucenia, ale skoro główna bohaterka to złodziejka książek, to powinno, według mnie być więcej scen z tym związanych, a były zaledwie trzy, które wydarzyły się mniej więcej po połowie trwania filmu.

Wiele osób zachwyconych jest też postacią Śmierci, która jest narratorem całej historii. Jestem pewna, że akurat tą bohaterkę dobrze wykreował autor i podejrzewam, że jest jej o wiele więcej w książce, bo po obejrzeniu filmu nie miałam wrażenia, że jest ona główną bohaterką, bardziej traktowałam ją jako tło. 



W filmie na pewno mogę pochwalić kadry i zdjęcia. Akurat to bardzo mi się podobało. Nie miało takiej czystej kolorystyki, tylko wszystko było lekko przyćmione i idealnie oddawało charakter wojny, która dotknęła nawet Niemcy i nie dla wszystkich była taka kolorowa, bo tam też panował głód i pomagano Żydom, jak wiadomo, wszystko zależy od osoby.

Bardzo lubię i filmy i książki, które opowiadają historie związane z II wojną światową. Większość z nich jest naprawdę interesująca, ale tutaj niekoniecznie odniosłam takie wrażenie. Przez większą część się nudziłam, bo samo życie młodej dziewczynki Liesel nie do końca było tym czego oczekiwałam. Podobały mi się sceny z Maxem, w którego rolę wcielił się Ben Schnetzer. Ogólnie rola Maxa przypadła mi do gustu. Był on dla mnie bardzo pozytywną postacią i dobrze się to oglądało.



Do gry aktorskiej pozostałych między innymi Geoffreya Rusha (tata) , Emily Watson (mama)  czy Sophie Nelisse (Liesel) też nie mam nic do zarzucenia. Każdy z aktorów się postarał i dobrze się wcielił w swoje role. Najtrudniejsze zadanie i tak miała Sophie, która na przestrzeni tego filmu zmieniła się z małej dziewczynki w dorosłą kobietę i to też jej się udało.

Do całego filmu mam bardzo mieszane uczucia, ale jednak rozczarowanie wzięło górę. Może gdybym nie nastawiała się na coś wspaniałego, film bardziej by mi się spodobał. Nie wiem, ale jestem przekonana, że książka już w moje ręce nie trafi, bo za mocno się zraziłam, chociaż muszę przyznać, że zakończenie mnie mocno zaskoczyło i była to naprawdę jedna z lepszych rzeczy w tym filmie. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale jestem usatysfakcjonowana, że skończyło się właśnie tak :)

Koniec tego narzekania. Nie zapominajmy, że dzisiaj, my, blogerzy mamy swoje święto! Dlatego wszystkim Wam życzę wielu czytelników, co raz większego rozwoju i oczywiście pasji, dzięki, której wasze blogi powstały :)

Pozdrawiam!
~Victoria

#64 "Zakazane życzenie" - pamiętaj, że każde życzenie ma swoją cenę

#64 "Zakazane życzenie" - pamiętaj, że każde życzenie ma swoją cenę



"Miłość nigdy nie jest zła. I tak jak powiedziałaś, nie jest wyborem. Ona po prostu się wydarza, a my jesteśmy wobec niej bezradni."

Na pewno nie raz marzyliście o swoim własnym dżinie, albo chociaż o złotej rybce, spełniającej życzenia. W końcu zawsze czegoś chcemy, a czasami brak nam wiary w siebie, zawziętości i hartu ducha, aby sięgnąć swoich marzeń i o nie zawalczyć. Taki dżin byłby wręcz spełnieniem marzeń, ale trzeba pamiętać, że każde życzenie ma swoją cenę i może obrócić się przeciwko nam.

Na dworze jest wysoka temperatura, a mimo tego Aladyn rusza po pustyni w nieznanym sobie kierunku. Wszystko za sprawą magicznego pierścienia, który zdaje się do niego mówić i ciągnie w kierunku lampy. Lampy, która doprowadziła jedno z miast do zguby. A stało się to nie tyle za sprawą lampy, ile za sprawą okrutnego dżina, który tą lampę zamieszkuje. I takim oto sposobem złodziejaszek Aladyn staje się właścicielem magicznej lampy i dżina Zahry.

"Zakazane życzenie" można uznać za nową historię Aladyna, którego wiele osób kojarzy z bajek Disney'a. Jessica Khoury, autorka, stworzyła nam świat inspirowany Dalekim Wschodem, podobnym do tego bajkowego, ale zarazem jest on całkowicie inny. W końcu dżiny nie są dobre i starają się działać przeciwko ludzkości. Nie mamy tutaj postaci Jasminy, ale Kaspidę, która jest silną wojowniczką i następczynią tronu oraz Zahrę. Dżina, który nie pojawia się jako obłoczek dymu, ale jako dziewczyna. Wszystko zachowane w podobnym klimacie, ale inne w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Zacznę od tego, że nie spodziewałam się rewelacji. Wiem, że książka ta zyskała naprawdę dużo grono odbiorców i prawie każdy wypowiadał się o niej pozytywnie, to i tak nie byłam przekonana. Po prostu nigdy nie przepadałam za bajką Aladyn, nawet nie wiem, czy kiedykolwiek obejrzałam ją w całości. Właśnie przez ten pryzmat podeszłam do tej książki bardzo niepewnie, ale już po pierwszych stronach pozytywnie się zaskoczyłam.



Uwielbiam, kiedy akcja różnych powieści dzieje się w innym świecie niż ten znany nam. A jeszcze bardziej to doceniam, gdy na początku egzemplarza jest mapka. I tym razem się nie zawiodłam. Cieszę się, bo zawsze jakoś łatwiej dzięki mapkom, nawet takim bardzo schematycznym, przychodzi mi wyobrażanie sobie terenów, odległości między poszczególnymi krajami. Ale zostając już przy tej formie graficznej, to tak samo oczarowały mnie początki rozdziałów obok których zawsze pojawiała się magiczna lampa, znana z okładki. Swoją drogą okładka też cieszy oko i ma piękne złocenia, których urok nie pojawia się na zdjęciach, a szkoda.

Fabuła książki również jest bardzo interesująca. Nie zabraknie tutaj różnych intryg, które dzieją się nie tylko przy tronie królewskim, ale również pomiędzy Zahrą a Aladynem. Otrzymamy też tutaj rewolucję, trochę miłości, przyjaźni i nienawiści. Łącząc ze sobą te wszystkie elementy autorka stworzyła naprawdę intrygującą historię, która wciąga już od pierwszych stron. Co więcej, dokładnie trzy razy dostajemy w tej książce fragment Pieśni o upadku Roszany, która powoli zaczyna się różnić od tego, co dowiadujemy się od bohaterów.

Jeśli chodzi o bohaterów, to chyba jedna z nielicznych książek, gdzie bohaterowie nie są bardzo irytujący. Moją sympatię zyskała zarówno Zahra, jak i Aladyn. A skoro dwójka głównych bohaterów jest naprawdę dobrze wykreowana to książkę też od razu lepiej się czyta. Podobała mi się zmiana jaka zaszła w Zahrze i to, że zarówno ona, jak i Aladyn mieli swoje wady, o których często autorzy zapominają.

Moja ocena książki: 8/10

Mam wrażenie, że akurat historia opowiedziana w "Zakazanym życzeniu" jest naprawdę dla każdego. Z początku myślałam, że będę na nią zbyt dojrzała, bo w końcu nawiązuje ona do bajki, ale wcale tak nie jest. Cieszę się, że ostatecznie przeczytałam tę historię i długo będę ją wspominać :)

"Kochałaś kiedyś i utraciłaś swoją miłość. Dlatego nie masz odwagi, by pokochać ponownie. Upierasz się przy tym, że jesteś potworem, bo boisz się być człowiekiem."  


Pozdrawiam!
~Victoria
TOP 5 moich ulubionych niezbyt popularnych książek

TOP 5 moich ulubionych niezbyt popularnych książek


Wszyscy czytamy dużo. I co do tego nikt nie ma wątpliwości. Każdy z nas czyta więcej niż jedną książką na rok, co się chwali. Jednak wiele z nas czyta dużo nowości. Nie jest to nic złego. Sama ostatnio czytam dużo książek, które swoją premierę miały stosunkowo niedawno, ale chciałabym się z Wami podzielić książkami, które bardzo lubię, ale o których mam wrażenie nie mówi się zbyt dużo. Tak się przedstawia mój ranking (kolejność pozycji przypadkowa ;) )

1. Władysław Szpilman "Pianista"



Większość osób kojarzy ten tytuł i zapewne widzi młodego pianistę w filmie reżyserii Romana Polańskiego. Ja też bardzo długo nie wiedziałam, że historia ta mój swój pierwowzór w autobiograficznej książce, której bym pewnie nie przeczytała, gdyby nie mus nauczycielki polskiego. Teraz z perspektywy czasu, nie żałuję, że przeczytałam tą autobiografię, chociaż czytało mi się ciężko, bo nie przepadam za żadnymi biografiami i autobiografiami. Jest to naprawdę wartościowa książka, która moim zdaniem jest przyćmiona przez wiele innych pozycji, które również opowiadają o II wojnie światowej.

2. Carlo Frabetti "Księga Labiryntu"



Nie tak dawno był szał na wszystkie książki z serii "Zniszcz ten dziennik". Miałam wrażenie, że wszędzie powstają książki na tej samej zasadzie, których celem jest tylko wzbogacenie się autorów. "Księga Labiryntu" to książka niekoniecznie podobna do dzienników, ale też nie jest zwykłą powieścią do czytania. Na łamach tej książki znajdujemy różne zagadki, których rozwiązania prowadzą nas do kolejnych zagadek i końca labiryntu, ale czy w ogóle z niego wyjdziemy? Wiążę wiele miłych wspomnień z tą lekturą, która powstała mniej więcej 2007 roku i myślę, że na takie książki warto tracić swój wolny czas :)

3. Kathy Reichs, Brendan Reichs "Wirusy"



Ogólnie cała seria stworzona stworzona głównie z myślą o nastolatkach, jest naprawdę warta uwagi. Akcja płynęła tam szybko, bardzo dużo się działo, a ja nie mogłam się doczekać kolejnych tomów. Miło bardzo wspominam tę historię. Właśnie przez nią sięgnęłam w następnej kolejności po "Kości" i tak naprawdę zaczynałam swoją historię z kryminałami.

4. Marta Guzowska "Ofiara Polikseny"



Prawdopodobnie gdyby nie Anita z Books Reviews nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę, ze stratą dla mnie. Otrzymujemy tutaj naprawdę ciekawą historię, dobrze wykreowanych bohaterów i klimat wykopalisk archeologicznych. Czytając tę książkę miałam wrażenie, że jest to coś oryginalnego i naprawdę byłam zachwycona.

5. Sarah Jio "Marcowe fiołki"



Akurat "Marcowe fiołki" to chyba moja ulubiona książka autorstwa Sarah Jio. Autorka ma bardzo lekki styl pisania, ale mam wrażenie, że nie jest bardzo znana. Wszystkie jej książki traktuję jako pewniaki, bo na żadnej się nie zawiodłam. Często korzysta z opowiadania z dwóch przestrzeni czasowych, gdzie dwie na pozór niepodobne historie potem się łączą w spójną całość. Oj, jestem jak najbardziej na tak :D

A czy Wy czytaliście może, którąś z tych książek? Jakie niepopularne książki lubicie?

Pozdrawiam!
~Victoria
Copyright © 2014 Czytelnicze myśli , Blogger